Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lipca 2009

Szafiarki

Tak jak blogerzy rzucili wyzwanie publicystom, szafiarki wkroczyły w świat kreatorów mody. Dwudziestoletnie amatorki stały się postrachem redaktorów pism o modzie.

Do niedawna szafiarstwo, czyli prezentowanie na blogu zawartości swojej garderoby, było jedynie zabawnym hobby licealistek i studentek, które chciały ubrać się oryginalnie i tanio, a potem podzielić się tą umiejętnością z internautami. Takie właśnie intencje miała polska prekursorka szafiarstwa, znana w wirtualu jako Ryfka, właścicielka bloga Szafa Sztywniary. Jak na taką nazwę przystało, w jej realnej szafie w Krakowie panuje idealny porządek. Łatwiej dzięki temu prezentować zawartość szafy realnej w tej wirtualnej, czyli na blogu.

Prezentacja odbywa się dość często, nawet raz w tygodniu. Zaczyna się od dobrania odpowiedniego zestawu. Gdy świeci słońce, to na przykład komplet w stylu cycle chic, mody rowerowej, czyli czarno-żółta damka z koszykiem plus żółta koszula z sieciowego sklepu i jasne rybaczki droższej marki. Gdy pada deszcz, kalosze z aukcji internetowej, supermodne ostatnio kujońskie okulary w czarnych oprawkach, przezroczysty parasol i chustka od babci.

Potem sesja w odpowiednim plenerze, do której potrzebny jest fotograf. W wypadku Ryfki to jej chłopak. Zaczynał prawie dwa lata temu jako kompletny modowy laik. Dziś z miną profesjonalisty potrafi doradzać Ryfce, aby założyła inne rajstopy, bo te, które wybrała, źle wyjdą na zdjęciu. Po serii cyknięć z aparatu następuje seria kliknięć myszką, bo zdjęcie z notką trzeba umieścić na blogu. A później liczba klików przyrasta w postępie geometrycznym.

Przegląd polskich szafiarskich blogów ►

Nową stylizację komentują stałe czytelniczki – dla niektórych Ryfka stała się wyrocznią w sprawach stylu. Kiedy dwa lata temu wrzuciła na bloga pierwsze zdjęcia, zastanawiała się, czy to nie dziecinada. W realu jest całkiem poważną tłumaczką. I podobnie jak głośna polityczna blogerka Kataryna prowadzi dwa życia – codzienne, w którym ze względu na pracę nie zawsze przyznaje się do drugiego, sieciowego. Ale to właśnie na jego potrzeby Ryfka wymyśliła słowo „szafiarka” i po cichu marzy, że kiedyś trafi ono do słownika języka polskiego.

Są na to spore szanse, bo dzisiaj blog SzafaSztywniary.blogspot.com według statystyk Google’a ma 99 tys. odsłon miesięcznie i 31 tys. użytkowników. A to oznacza, że teksty Ryfki i jej robione starym kompaktem kodaka zdjęcia stały się prawdziwą konkurencją dla magazynów o modzie. Dla porównania, „Elle” sprzedaje w Polsce 68 tys. egzemplarzy pisma, „In Style” – 77 tys. (dane Związku Kontroli Dystrybucji Prasy za marzec 2009). Tego typu wydawnictwa z roku na rok mają coraz mniej czytelników, natomiast e-szaf ciągle przybywa. W Polsce jest ich już przynajmniej 200 (w tym jeden blog prowadzony przez szafiarza) i wciąż zyskują na popularności.

Na strony prowadzone przez Harel (lookbook.blox.pl oraz Harel.blox.pl z komentarzami o nowych tendencjach i sklepach) było już ponad dziewięć milionów wejść. Wiele zagląda tam stale, mimo że Harel nie sili się na wyszukaną scenografię. Zdjęcia robi sama za pomocą aparatu na statywie. Za tło służy jej goła ściana, której jedyną ozdobą jest gniazdko elektryczne.

Ten minimalizm rekompensuje pomysłowość Harel w wymyślaniu różnych sposobów na noszenie jednej sukienki czy bluzki i zacięcie do ubraniowego recyklingu. Stara spódnica do ziemi zmienia się dzięki kilku zatrzaskom w modną bombkę, a za duży T-shirt w tunikę z kieszeniami z rękawków. Na niektórych zdjęciach modelkę można rozpoznać, ale Harel strzeże prywatności. Żeby poważni klienci jej realnej firmy nie pomyśleli, że w internecie zajmuje się głupotami.

Przemysł odzieżowy już zaczął się interesować polskimi szafiarkami. – Na blogach pojawiają się pierwsze reklamy, a kilka firm postanowiło wysłać szafiarkom próbki wyrobów – mówi Aife, autorka bloga Aifowy.blox.pl. Na przykład dżinsy albo sweter, który po obfotografowaniu dziewczyny wysyłają do kolejnych blogerek, choć część otwarcie pisze, że nigdy nie stanie się on ulubionym elementem ich stroju. Na razie najpopularniejsze polskie szafiarki mogą dzięki swoim e-garderobom zarobić na reklamach co najwyżej kilkaset złotych miesięcznie, ale niedługo sumy te zapewne wzrosną.

– Prowadzenie bloga o modzie i występowanie w roli modela, redaktora i komentatora trendów stało się sprawą o wiele poważniejszą, niż komukolwiek do tej pory się wydawało. Nie przewidzieli tego ani kreatorzy, ani redaktorki żurnali, ani nawet sami autorzy blogów – tłumaczy Marta Klimowicz, socjolog internetu z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Pierwsze amerykańskie e-szafy zaczęły powstawać po 2000 roku. Jeden z najbardziej popularnych blogów o modzie, poświęcony głównie akcesoriom, Manolo Shoe Blog, nazwany tak na cześć projektanta Manolo Blahnika, prowadzony jest przez anonimowego blogera. Pisze on zawsze w trzeciej osobie i deklaruje, że „od dziecka podążał za modą, ale nigdy nie trzymały się go pieniądze”.

Kiedy się jednak okazało, że codziennie odwiedzają go dziesiątki tysięcy internautów, to drugie zmieniło się. Dostał cotygodniową rubrykę w „The Washington Post” i zaczął zarabiać na reklamach. Nawet 300 tys. dol. rocznie. Ale szafiarskie blogi nie działają tylko na zasadzie wieszaków na banery. Zaglądają do nich tysiące internautów na całym świecie, bo oferują coś, czego brakuje magazynom o modzie.

Jesteśmy szybsi od miesięczników. Nowe trendy komentujemy prawie codziennie i dostosowujemy pomysły projektantów do możliwości zwykłych ludzi, których nie zawsze stać na rzeczy z najnowszych kolekcji – mówi Alice, właścicielka bloga Alicepoint.blogspot.com. To najpopularniejsza za granicą polska szafiarka, jej zdjęcia pojawiły się ostatnio np. w norweskim magazynie „Spilled Milk”. W modowej branży żartuje się nawet, że Anna Wintour, legendarna redaktorka naczelna amerykańskiego „Vogue’a”, zaczęła przeklinać dzień, w którym powstał internet. Bo przez niego czuje się jak wyrocznia, której zdanie przestało być komukolwiek potrzebne.

To blogerzy stali się odpowiedzią na kryzys w świecie trendów, nazwany przez socjologów końcem mody, choć powinno się chyba raczej mówić o kryzysie dyktatorów. „Dzisiaj trudno powiedzieć, co w danym sezonie jest na topie, bo modne jest po prostu wszystko. Pogubili się w tym i klienci sklepów z ubraniami, i wielcy kreatorzy, którym nie zależy już na sprzedawaniu ubrań elitom. Chcą je sprzedawać wszystkim, ale nie zawsze wiedzą, jak najlepiej trafić do mas” – twierdzi Teri Agins, autorka książki „The End of Fashion” (Koniec mody).

Za to szafiarze radzą sobie z tym nadzwyczaj dobrze. Kiedy więc Filipińczyk, autor bloga BryanBoy, zamieścił u siebie film o znanym projektancie Marcu Jacobsie, ten napisał do niego e-mail. Zapewniał w nim, że sam jest stałym czytelnikiem Bryana. A potem jedną z toreb w kolekcji nazwał na cześć blogera BB.

Ostatnio do świata modowego biznesu weszła również 17-letnia autorka bloga Sea of Shoes, amerykańska nastolatka z Teksasu. Właściciele popularnego sklepu Urban Outfitters zaproponowali jej stworzenie minikolekcji butów. Dla znawców branży jest jeszcze jedna miara sukcesu zwykłych blogerów – to honorowe miejsca na najważniejszych pokazach mody.

Pierwsi szafiarze zostali zaproszeni na New York Fashion Week w 2003 roku. W zeszłym roku Tina Craig i Kelly Cook z BagSnob.com oprócz zaproszeń dostały także miejsca w drugim rzędzie obok topowego kreatora Oscara de la Renty. Do tej pory siadali tam tylko projektanci i redaktorzy najważniejszych żurnali, czyli ci, którzy rozdają karty w modowym biznesie. Teraz dołączyli do nich szafiarze.

źródło: Newsweek foto: lookbook.nu

sobota, 20 czerwca 2009

Zarabianie na blogach. Czyli monteraryzacja blogosfery.

Na świecie połowa blogerów już nieźle zarabia. Ale kokosy można zbić na blogach specjalistycznych, gdzie reklamodawca dociera do konsumenta z wyjątkową precyzją.

Sugestywny plaster na blogu Media Fun Macieja Budzicha zakleja wyrwę po logo sklepu internetowego Agito.pl, który przez ostatni rok był głównym sponsorem witryny. Nowy powinien się pojawić niebawem, bo twórca bloga prowadzi rozmowy z kandydatami. Wymagania nie są wygórowane: przede wszystkim żadnych ingerencji sponsora w treść i formę bloga. Do tego oczywiście gratyfikacja finansowa, adekwatna do pozycji witryny w polskiej blogosferze. – Chyba więcej osób zna mnie jako autora Media Fun niż jako Maćka Budzicha. Czasami takich jak ja nazywa się mikrocelebrytami – mówi autor bloga.

Blog Budzicha czyta codziennie kilka tysięcy osób, liczbą odwiedzin nie może zatem rywalizować z dużymi portalami. W swojej tematyce, krążącej wokół mediów i internetu, należy za to do najczęściej czytanych i komentowanych. Dlatego jego autor jako jeden z pierwszych blogerów w polskiej sieci zdecydował się na połączenie publicystyki z biznesem. Ubiegłoroczny kontrakt z Agito.pl dał mu 10 tys. zł oraz profesjonalną kamerę wideo, na której nagrywa teraz materiały do bloga. Dodatkowo zamieszcza reklamy i płatne konkursy.

Przeciętny miesięczny dochód ze wszystkich tych źródeł oscyluje w okolicy 4 tys. zł, co daje mu miejsce w czołówce najlepiej zarabiających polskich blogerów. – Dałoby się wycisnąć nieco więcej, ale musiałbym porzucić zawód grafika i zająć się tylko tym, a nie chcę – zauważa. – Blogowanie to dla mnie przede wszystkim pasja, poza tym w Polsce wciąż nie da się na tym zarobić tyle, co w USA, Europie Zachodniej czy nawet w Azji.

Dysproporcje są olbrzymie. Według raportu Technorati z jesieni ubiegłego roku o stanie światowej blogosfery średni roczny dochód bloga przyjmującego reklamy – a jest to aż 52 proc. wszystkich blogów – oscylował w granicach 6 tys. dolarów rocznie. Śmietanka blogosfery, witryny gromadzące miesięcznie więcej niż 100 tys. czytelników, mogła liczyć już nawet na 75 tys. dolarów, a jej liderzy – nie więcej niż 1 proc. światowej blogosfery – przekroczyli pułap 200 tys. dolarów rocznie. Absolutny rekordzista w 2008 roku zarobił na blogu aż 350 tys. dolarów.

Co ciekawe, w statystykach rentowności dominują blogi europejskie ze średnim rocznym dochodem przekraczającym równowartość 9 tys. dolarów. Po nich plasują się witryny azjatyckie (przeciętnie 7,4 tys. dolarów) i dopiero na końcu amerykańskie (średnio 5 tys. dolarów). Na wynikach finansowych tamtejszej blogosfery zaciążył kryzys, ale przede wszystkim swoje zrobiła o wiele większa niż w innych rejonach globu koncentracja blogów będących potencjalnym nośnikiem reklam, czyli mówiąc wprost – większa konkurencja.

Jeśli strona blogera zostanie uznana za godną reklamy, zwykle bywa wykorzystywana do celów marketingowych na wszelkie możliwe sposoby. Co trzeci blog na świecie goszczący reklamy ma co najmniej trzy ich formy – wynika ze statystyk Technorati. Najczęściej to reklamy powiązane z wyszukiwarką Google (38 proc.), baneryi displaye na samym blogu (28 proc.), a także płatne odnośniki do innych stron, np. producentów opisywanych wyrobów (20 proc.). Sponsoring blogów należy do rzadkości. Część blogerów dzięki aktywności publicystycznej w sieci jest za to w stanie wypracować sobie pozycję ekspertów w opisywanych dziedzinach, co przynosi im dodatkowe zyski z publicznych wystąpień lub szkoleń. Taką renomą cieszy się jednak zaledwie pięciu na stu blogerów.

źródło:Newsweek.pl

Koniec Blogów?! Newsweek Polska

Blogi internetowe wchodzą w wiek dojrzały. Jeśli znajdą sobie specjalistyczną niszę w internetowym świecie, przetrwają. Jeśli nie, skarłowacieją lub znikną całkowicie.

Czas i miejsce akcji: Warszawa, maj 2009 r. Osoby dramatu: znana blogerka ukrywająca się pod pseudonimem Kataryna ► oraz dziennikarze „Dziennika”. Istota sprawy: bardziej skomplikowana, niż się może wydawać. Kataryna bloguje aktywnie co najmniej od czterech lat, dotychczas jednak jej tożsamość nie była przedmiotem publicznej dyskusji. Stała się nim dopiero z chwilą, gdy syn ministra sprawiedliwości ► zażądał ocenzurowania bloga. W ten sposób syn ministra Czumy pospołu z zespołem „Dziennika”, który zdemaskował Katarynę, wpisał się w globalne zjawisko internetowe nazwane przez amerykańskiego publicystę Nicolasa Carra śmiercią blogosfery.

Jego teza jest równie dosadna, co zaskakująca w chwili, gdy wyszukiwarka Technorati średnio co 2 sekundy notuje powstanie nowego bloga. A jednak blogosfera faktycznie umarła, albowiem – jak przekonuje Carr – jej elita, której przedstawicielem na polskim podwórku jest m.in. blog Kataryny, upodobniła się w formie i treści do tradycyjnych mediów. Reszta jest zaś śmietniskiem niewartym uwagi, zbiorem grafomańskich elaboratów, pełnym złego smaku i świadczącym o nieudolności autorów. Najlepsze blogi, upodabniając się do głównego nurtu mediów, zatraciły zdaniem Carra również walory świeżości i oryginalności, na których przez lata budowały swoją pozycję w wirtualnym świecie.

Jakość ustąpiła miejsca ilości i liczby zdają się potwierdzać tę hipotezę. Na całym świecie, jak wynika z raportu Universal McCann z marca ubiegłego roku, liczba założonych blogów zbliżyła się już do 185 milionów (w języku polskim było ich ponad 3 mln). Oznaczało to, że statystycznie prowadził je już niemal co piąty internauta. Nowszych danych na razie brak, ale i tak widać, że blogosfera stała się produktem masowym i tanim. A co tanie, to zwykle i podłej jakości.

Początkowe założenia były oczywiście bardziej ambitne. Kiedy w 1997 roku John Barger, pracownik Northwestern University, użył po raz pierwszy terminu „weblog” (z połączenia wyrazów „web” i „log”) dla określenia osobistego wpisu na stronie internetowej, sieć była wciąż oazą inteligenckich dysydentów pokroju twórców Google’a czy Yahoo! W Polsce pierwsze blogi mniej więcej w tym samym czasie zaczęli prowadzić na stronie Wolna Pagina redaktorzy branżowego magazynu „Chip”. Definicja bloga była też prosta – to uboga w formie, ale bogata w treści strona, na której autor systematycznie dzieli się z czytelnikami przemyśleniami i doświadczeniami, licząc oczywiście na odzew. Równie łatwe było odsianie wartościowych pozycji, bo przy odrobinie samozaparcia wszystkie blogi świata dało się przejrzeć w jeden dzień. Epoka masowego internetu dopiero nadchodziła.

Dziś, gdy według szacunków Technorati najwyżej 10 proc. blogów jest uaktualnianych systematycznie i ma zawartość mogącą zainteresować jeszcze kogoś innego poza samym twórcą, poruszanie się po blogosferze wymaga dużej wiedzy i umiejętności. Tym bardziej że obok blogów klasycznych (osobistych, np. rodzinnych czy tematycznych, jak ekonomiczne lub informatyczne), zawierających jedynie wpisy, pojawiają się nowe formy: blogi agregujące wpisy z innych witryn, fotoblogi ze zdjęciami, audio- i wideoblogi z nagraniami, moblogi stworzone do redagowania przez komórkę, a ostatnio także mikroblogi w postaci krótkich jednozdaniowych wpisów w serwisie Twitter, informujących znajomych np., co robimy lub co zrobiło na nas wrażenie. Są też, co było łatwe do przewidzenia, hybrydy wszystkich tych wersji. Rację miał zatem Andy Warhol, mówiąc w 1968 roku, że „w przyszłości każdy z nas będzie mieć sposobność zaznania własnych 15 minut sławy”. Blogosfera uczyniła to zadanie banalnie łatwym.

Niektórzy wzięci blogerzy o międzynarodowej sławie, np. internetowy przedsiębiorca i publicysta Jason Calacanis, zwinęli ostatnio swoje blogi rozczarowani tym, że coś, co do niedawna było tylko szlachetnym hobby, dziś staje się masówką zorientowaną na zarobek lub schlebianiem tanim gustom. – Znaczenie blogów jako części internetowego ekosystemu słabnie, bo blogowanie jest dziś czynnością równie prozaiczną jak zmywanie naczyń – zauważa Krzysztof Urbanowicz, autor jednego z najciekawszych polskich blogów o mediach MediaCafé. – Paradoks ich istnienia polega jednak na tym, że dzieje się tak dokładnie w chwili, gdy najwybitniejsze blogi siłą głosu w debacie publicznej wręcz przerastają tradycyjne media.

Sensacją wyborów prezydenckich w USA z 4 listopada 2008 roku nie był ich wynik, lecz opublikowane nazajutrz zestawienie najpopularniejszych stron internetowych, na których Ameryka śledziła kampanię. Na czwartym miejscu, tuż za stacjami CNN, MSNBC i Fox News, uplasował się nieoczekiwanie agregator plotkarskich blogów Drudge Report. Ten sam, który pogrążył Billa Clintona w aferze z Moniką Levinsky. Popularność bloga założonego przez Matta Drudge’a przerosła wyniki oglądalności stron internetowych „The New York Timesa” czy stacji ABC News.

Z Drudge Report przegrał nawet renomowany blog polityczny The Huffington Post, systematycznie publikujący wpisy takich osobistości, jak Barack Obama, dwukrotny laureat Pulitzera Norman Mailer czy aktorka Diane Keaton. Zamiast w opiniotwórczej gazecie czy popularnej stacji telewizyjnej internauci woleli poszukać informacji o wynikach wyborów na plotkarskim blogu, bo uwierzyli, że właśnie tam najszybciej znajdą wpisy-przecieki od osób zaangażowanych w kampanię lub członków komisji wyborczych.

źródło: Newsweek Polska