niedziela, 19 lipca 2009
poniedziałek, 13 lipca 2009
Pan Gąbka wirtualna waluta.
Polska w strefie eurogąbki
Szymon Adamus (6 lipca 2009)
Problem w tym, że o ile wspomniane przedmioty w grze są darmowe i wygodne w ściągnięciu, o tyle eurogąbki trzeba kupić za realną walutę samemu, w sumie robiąc sobie problem z przeliczaniem.
Na Naszej Klasie do tej pory płaciliśmy SMS-ami lub przelewem. Teraz możemy też załadować pulę eurogąbek i zużywać ją na wirtualne prezenty. Na stronie informacyjnej czytamy o wygodzie i oszczędnościach związanych z tym rozwiązaniem. Rzeczywiście, wirtualna waluta jest tańsza.
Przykładowo: bukiet kwiatów to 20 eurogąbek, 2 zł przelewem lub 2,44 zł SMS-em. Przy cenie 5 zł za najmniejszy pakiet 50 eurogąbek taki prezent kosztuje nas 2 złote. Tyle co jednorazowym przelewem. Kupując jednak więcej wirtualnej waluty, dostajemy coś gratis.
- 50 eurogąbek kosztuje 5 zł
- 110 eurogąbek, 10 zł (10 gąbek gratis)
- 170 eurogąbek, 15 zł (20 gąbek gratis)
- 280 eurogąbek, 25 zł (30 gąbek gratis)
- 390 eurogąbek, 35 zł (40 gąbek gratis)
- 570 eurogąbek, 50 zł (70 gąbek gratis)
Brzmi nieźle. Sęk w tym, że wirtualna waluta Naszej Klasy ma termin przydatności do zużycia: do 30 dni w najmniejszym, do 360 w największym pakiecie. Pozostaje też kwestia przeliczania wartości przedmiotów na walutę rzeczywistą, która jest bolączką wszelkich systemów tego typu.
Oczywiście o problemie można mówić tylko z perspektywy konsumenta. Dla Naszej Klasy eurogąbki to same plusy. Wirtualna waluta działa podobnie jak karta kredytowa, zachęcając do większej rozrzutności. Rozprowadzanie dużych pakietów eurogąbek daje też konkretny zysk sprzedawcy, który być może nie zarobiłby tak dużo przy tradycyjnej sprzedaży wirtualnych dóbr (jak często można kupować obrazki z kwiatkami i misiami?). Wirtualna waluta otwiera także możliwości wprowadzania większej liczby produktów, a może nawet rozszerzenia tej formy płatności na inne strony? W końcu Nasza Klasa to w Polsce społecznościowa potęga.
Czy Pan Gąbka wyjmie swoje pieniądze z portfela również na innych witrynach? Wyobraźmy sobie... na przykład kupowanie eurogąbkami na Merlinie. Kusząca wizja?
niedziela, 12 lipca 2009
Szafiarki
Tak jak blogerzy rzucili wyzwanie publicystom, szafiarki wkroczyły w świat kreatorów mody. Dwudziestoletnie amatorki stały się postrachem redaktorów pism o modzie.
Do niedawna szafiarstwo, czyli prezentowanie na blogu zawartości swojej garderoby, było jedynie zabawnym hobby licealistek i studentek, które chciały ubrać się oryginalnie i tanio, a potem podzielić się tą umiejętnością z internautami. Takie właśnie intencje miała polska prekursorka szafiarstwa, znana w wirtualu jako Ryfka, właścicielka bloga Szafa Sztywniary. Jak na taką nazwę przystało, w jej realnej szafie w Krakowie panuje idealny porządek. Łatwiej dzięki temu prezentować zawartość szafy realnej w tej wirtualnej, czyli na blogu.
Prezentacja odbywa się dość często, nawet raz w tygodniu. Zaczyna się od dobrania odpowiedniego zestawu. Gdy świeci słońce, to na przykład komplet w stylu cycle chic, mody rowerowej, czyli czarno-żółta damka z koszykiem plus żółta koszula z sieciowego sklepu i jasne rybaczki droższej marki. Gdy pada deszcz, kalosze z aukcji internetowej, supermodne ostatnio kujońskie okulary w czarnych oprawkach, przezroczysty parasol i chustka od babci.
Potem sesja w odpowiednim plenerze, do której potrzebny jest fotograf. W wypadku Ryfki to jej chłopak. Zaczynał prawie dwa lata temu jako kompletny modowy laik. Dziś z miną profesjonalisty potrafi doradzać Ryfce, aby założyła inne rajstopy, bo te, które wybrała, źle wyjdą na zdjęciu. Po serii cyknięć z aparatu następuje seria kliknięć myszką, bo zdjęcie z notką trzeba umieścić na blogu. A później liczba klików przyrasta w postępie geometrycznym.
Przegląd polskich szafiarskich blogów ►
Nową stylizację komentują stałe czytelniczki – dla niektórych Ryfka stała się wyrocznią w sprawach stylu. Kiedy dwa lata temu wrzuciła na bloga pierwsze zdjęcia, zastanawiała się, czy to nie dziecinada. W realu jest całkiem poważną tłumaczką. I podobnie jak głośna polityczna blogerka Kataryna prowadzi dwa życia – codzienne, w którym ze względu na pracę nie zawsze przyznaje się do drugiego, sieciowego. Ale to właśnie na jego potrzeby Ryfka wymyśliła słowo „szafiarka” i po cichu marzy, że kiedyś trafi ono do słownika języka polskiego.
Są na to spore szanse, bo dzisiaj blog SzafaSztywniary.blogspot.com według statystyk Google’a ma 99 tys. odsłon miesięcznie i 31 tys. użytkowników. A to oznacza, że teksty Ryfki i jej robione starym kompaktem kodaka zdjęcia stały się prawdziwą konkurencją dla magazynów o modzie. Dla porównania, „Elle” sprzedaje w Polsce 68 tys. egzemplarzy pisma, „In Style” – 77 tys. (dane Związku Kontroli Dystrybucji Prasy za marzec 2009). Tego typu wydawnictwa z roku na rok mają coraz mniej czytelników, natomiast e-szaf ciągle przybywa. W Polsce jest ich już przynajmniej 200 (w tym jeden blog prowadzony przez szafiarza) i wciąż zyskują na popularności.
Na strony prowadzone przez Harel (lookbook.blox.pl oraz Harel.blox.pl z komentarzami o nowych tendencjach i sklepach) było już ponad dziewięć milionów wejść. Wiele zagląda tam stale, mimo że Harel nie sili się na wyszukaną scenografię. Zdjęcia robi sama za pomocą aparatu na statywie. Za tło służy jej goła ściana, której jedyną ozdobą jest gniazdko elektryczne.
Ten minimalizm rekompensuje pomysłowość Harel w wymyślaniu różnych sposobów na noszenie jednej sukienki czy bluzki i zacięcie do ubraniowego recyklingu. Stara spódnica do ziemi zmienia się dzięki kilku zatrzaskom w modną bombkę, a za duży T-shirt w tunikę z kieszeniami z rękawków. Na niektórych zdjęciach modelkę można rozpoznać, ale Harel strzeże prywatności. Żeby poważni klienci jej realnej firmy nie pomyśleli, że w internecie zajmuje się głupotami.
Przemysł odzieżowy już zaczął się interesować polskimi szafiarkami. – Na blogach pojawiają się pierwsze reklamy, a kilka firm postanowiło wysłać szafiarkom próbki wyrobów – mówi Aife, autorka bloga Aifowy.blox.pl. Na przykład dżinsy albo sweter, który po obfotografowaniu dziewczyny wysyłają do kolejnych blogerek, choć część otwarcie pisze, że nigdy nie stanie się on ulubionym elementem ich stroju. Na razie najpopularniejsze polskie szafiarki mogą dzięki swoim e-garderobom zarobić na reklamach co najwyżej kilkaset złotych miesięcznie, ale niedługo sumy te zapewne wzrosną.
– Prowadzenie bloga o modzie i występowanie w roli modela, redaktora i komentatora trendów stało się sprawą o wiele poważniejszą, niż komukolwiek do tej pory się wydawało. Nie przewidzieli tego ani kreatorzy, ani redaktorki żurnali, ani nawet sami autorzy blogów – tłumaczy Marta Klimowicz, socjolog internetu z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Pierwsze amerykańskie e-szafy zaczęły powstawać po 2000 roku. Jeden z najbardziej popularnych blogów o modzie, poświęcony głównie akcesoriom, Manolo Shoe Blog, nazwany tak na cześć projektanta Manolo Blahnika, prowadzony jest przez anonimowego blogera. Pisze on zawsze w trzeciej osobie i deklaruje, że „od dziecka podążał za modą, ale nigdy nie trzymały się go pieniądze”.
Kiedy się jednak okazało, że codziennie odwiedzają go dziesiątki tysięcy internautów, to drugie zmieniło się. Dostał cotygodniową rubrykę w „The Washington Post” i zaczął zarabiać na reklamach. Nawet 300 tys. dol. rocznie. Ale szafiarskie blogi nie działają tylko na zasadzie wieszaków na banery. Zaglądają do nich tysiące internautów na całym świecie, bo oferują coś, czego brakuje magazynom o modzie.
– Jesteśmy szybsi od miesięczników. Nowe trendy komentujemy prawie codziennie i dostosowujemy pomysły projektantów do możliwości zwykłych ludzi, których nie zawsze stać na rzeczy z najnowszych kolekcji – mówi Alice, właścicielka bloga Alicepoint.blogspot.com. To najpopularniejsza za granicą polska szafiarka, jej zdjęcia pojawiły się ostatnio np. w norweskim magazynie „Spilled Milk”. W modowej branży żartuje się nawet, że Anna Wintour, legendarna redaktorka naczelna amerykańskiego „Vogue’a”, zaczęła przeklinać dzień, w którym powstał internet. Bo przez niego czuje się jak wyrocznia, której zdanie przestało być komukolwiek potrzebne.
To blogerzy stali się odpowiedzią na kryzys w świecie trendów, nazwany przez socjologów końcem mody, choć powinno się chyba raczej mówić o kryzysie dyktatorów. „Dzisiaj trudno powiedzieć, co w danym sezonie jest na topie, bo modne jest po prostu wszystko. Pogubili się w tym i klienci sklepów z ubraniami, i wielcy kreatorzy, którym nie zależy już na sprzedawaniu ubrań elitom. Chcą je sprzedawać wszystkim, ale nie zawsze wiedzą, jak najlepiej trafić do mas” – twierdzi Teri Agins, autorka książki „The End of Fashion” (Koniec mody).
Za to szafiarze radzą sobie z tym nadzwyczaj dobrze. Kiedy więc Filipińczyk, autor bloga BryanBoy, zamieścił u siebie film o znanym projektancie Marcu Jacobsie, ten napisał do niego e-mail. Zapewniał w nim, że sam jest stałym czytelnikiem Bryana. A potem jedną z toreb w kolekcji nazwał na cześć blogera BB.
Ostatnio do świata modowego biznesu weszła również 17-letnia autorka bloga Sea of Shoes, amerykańska nastolatka z Teksasu. Właściciele popularnego sklepu Urban Outfitters zaproponowali jej stworzenie minikolekcji butów. Dla znawców branży jest jeszcze jedna miara sukcesu zwykłych blogerów – to honorowe miejsca na najważniejszych pokazach mody.
Pierwsi szafiarze zostali zaproszeni na New York Fashion Week w 2003 roku. W zeszłym roku Tina Craig i Kelly Cook z BagSnob.com oprócz zaproszeń dostały także miejsca w drugim rzędzie obok topowego kreatora Oscara de la Renty. Do tej pory siadali tam tylko projektanci i redaktorzy najważniejszych żurnali, czyli ci, którzy rozdają karty w modowym biznesie. Teraz dołączyli do nich szafiarze.
źródło: Newsweek foto: lookbook.nu
niedziela, 28 czerwca 2009
sobota, 20 czerwca 2009
Zarabianie na blogach. Czyli monteraryzacja blogosfery.
Na świecie połowa blogerów już nieźle zarabia. Ale kokosy można zbić na blogach specjalistycznych, gdzie reklamodawca dociera do konsumenta z wyjątkową precyzją.
Sugestywny plaster na blogu Media Fun Macieja Budzicha zakleja wyrwę po logo sklepu internetowego Agito.pl, który przez ostatni rok był głównym sponsorem witryny. Nowy powinien się pojawić niebawem, bo twórca bloga prowadzi rozmowy z kandydatami. Wymagania nie są wygórowane: przede wszystkim żadnych ingerencji sponsora w treść i formę bloga. Do tego oczywiście gratyfikacja finansowa, adekwatna do pozycji witryny w polskiej blogosferze. – Chyba więcej osób zna mnie jako autora Media Fun niż jako Maćka Budzicha. Czasami takich jak ja nazywa się mikrocelebrytami – mówi autor bloga.
Blog Budzicha czyta codziennie kilka tysięcy osób, liczbą odwiedzin nie może zatem rywalizować z dużymi portalami. W swojej tematyce, krążącej wokół mediów i internetu, należy za to do najczęściej czytanych i komentowanych. Dlatego jego autor jako jeden z pierwszych blogerów w polskiej sieci zdecydował się na połączenie publicystyki z biznesem. Ubiegłoroczny kontrakt z Agito.pl dał mu 10 tys. zł oraz profesjonalną kamerę wideo, na której nagrywa teraz materiały do bloga. Dodatkowo zamieszcza reklamy i płatne konkursy.
Przeciętny miesięczny dochód ze wszystkich tych źródeł oscyluje w okolicy 4 tys. zł, co daje mu miejsce w czołówce najlepiej zarabiających polskich blogerów. – Dałoby się wycisnąć nieco więcej, ale musiałbym porzucić zawód grafika i zająć się tylko tym, a nie chcę – zauważa. – Blogowanie to dla mnie przede wszystkim pasja, poza tym w Polsce wciąż nie da się na tym zarobić tyle, co w USA, Europie Zachodniej czy nawet w Azji.
Dysproporcje są olbrzymie. Według raportu Technorati z jesieni ubiegłego roku o stanie światowej blogosfery średni roczny dochód bloga przyjmującego reklamy – a jest to aż 52 proc. wszystkich blogów – oscylował w granicach 6 tys. dolarów rocznie. Śmietanka blogosfery, witryny gromadzące miesięcznie więcej niż 100 tys. czytelników, mogła liczyć już nawet na 75 tys. dolarów, a jej liderzy – nie więcej niż 1 proc. światowej blogosfery – przekroczyli pułap 200 tys. dolarów rocznie. Absolutny rekordzista w 2008 roku zarobił na blogu aż 350 tys. dolarów.
Co ciekawe, w statystykach rentowności dominują blogi europejskie ze średnim rocznym dochodem przekraczającym równowartość 9 tys. dolarów. Po nich plasują się witryny azjatyckie (przeciętnie 7,4 tys. dolarów) i dopiero na końcu amerykańskie (średnio 5 tys. dolarów). Na wynikach finansowych tamtejszej blogosfery zaciążył kryzys, ale przede wszystkim swoje zrobiła o wiele większa niż w innych rejonach globu koncentracja blogów będących potencjalnym nośnikiem reklam, czyli mówiąc wprost – większa konkurencja.
Jeśli strona blogera zostanie uznana za godną reklamy, zwykle bywa wykorzystywana do celów marketingowych na wszelkie możliwe sposoby. Co trzeci blog na świecie goszczący reklamy ma co najmniej trzy ich formy – wynika ze statystyk Technorati. Najczęściej to reklamy powiązane z wyszukiwarką Google (38 proc.), baneryi displaye na samym blogu (28 proc.), a także płatne odnośniki do innych stron, np. producentów opisywanych wyrobów (20 proc.). Sponsoring blogów należy do rzadkości. Część blogerów dzięki aktywności publicystycznej w sieci jest za to w stanie wypracować sobie pozycję ekspertów w opisywanych dziedzinach, co przynosi im dodatkowe zyski z publicznych wystąpień lub szkoleń. Taką renomą cieszy się jednak zaledwie pięciu na stu blogerów.
źródło:Newsweek.pl
Koniec Blogów?! Newsweek Polska
Blogi internetowe wchodzą w wiek dojrzały. Jeśli znajdą sobie specjalistyczną niszę w internetowym świecie, przetrwają. Jeśli nie, skarłowacieją lub znikną całkowicie.
Czas i miejsce akcji: Warszawa, maj 2009 r. Osoby dramatu: znana blogerka ukrywająca się pod pseudonimem Kataryna ► oraz dziennikarze „Dziennika”. Istota sprawy: bardziej skomplikowana, niż się może wydawać. Kataryna bloguje aktywnie co najmniej od czterech lat, dotychczas jednak jej tożsamość nie była przedmiotem publicznej dyskusji. Stała się nim dopiero z chwilą, gdy syn ministra sprawiedliwości ► zażądał ocenzurowania bloga. W ten sposób syn ministra Czumy pospołu z zespołem „Dziennika”, który zdemaskował Katarynę, wpisał się w globalne zjawisko internetowe nazwane przez amerykańskiego publicystę Nicolasa Carra śmiercią blogosfery.
Jego teza jest równie dosadna, co zaskakująca w chwili, gdy wyszukiwarka Technorati średnio co 2 sekundy notuje powstanie nowego bloga. A jednak blogosfera faktycznie umarła, albowiem – jak przekonuje Carr – jej elita, której przedstawicielem na polskim podwórku jest m.in. blog Kataryny, upodobniła się w formie i treści do tradycyjnych mediów. Reszta jest zaś śmietniskiem niewartym uwagi, zbiorem grafomańskich elaboratów, pełnym złego smaku i świadczącym o nieudolności autorów. Najlepsze blogi, upodabniając się do głównego nurtu mediów, zatraciły zdaniem Carra również walory świeżości i oryginalności, na których przez lata budowały swoją pozycję w wirtualnym świecie.
Jakość ustąpiła miejsca ilości i liczby zdają się potwierdzać tę hipotezę. Na całym świecie, jak wynika z raportu Universal McCann z marca ubiegłego roku, liczba założonych blogów zbliżyła się już do 185 milionów (w języku polskim było ich ponad 3 mln). Oznaczało to, że statystycznie prowadził je już niemal co piąty internauta. Nowszych danych na razie brak, ale i tak widać, że blogosfera stała się produktem masowym i tanim. A co tanie, to zwykle i podłej jakości.
Początkowe założenia były oczywiście bardziej ambitne. Kiedy w 1997 roku John Barger, pracownik Northwestern University, użył po raz pierwszy terminu „weblog” (z połączenia wyrazów „web” i „log”) dla określenia osobistego wpisu na stronie internetowej, sieć była wciąż oazą inteligenckich dysydentów pokroju twórców Google’a czy Yahoo! W Polsce pierwsze blogi mniej więcej w tym samym czasie zaczęli prowadzić na stronie Wolna Pagina redaktorzy branżowego magazynu „Chip”. Definicja bloga była też prosta – to uboga w formie, ale bogata w treści strona, na której autor systematycznie dzieli się z czytelnikami przemyśleniami i doświadczeniami, licząc oczywiście na odzew. Równie łatwe było odsianie wartościowych pozycji, bo przy odrobinie samozaparcia wszystkie blogi świata dało się przejrzeć w jeden dzień. Epoka masowego internetu dopiero nadchodziła.
Dziś, gdy według szacunków Technorati najwyżej 10 proc. blogów jest uaktualnianych systematycznie i ma zawartość mogącą zainteresować jeszcze kogoś innego poza samym twórcą, poruszanie się po blogosferze wymaga dużej wiedzy i umiejętności. Tym bardziej że obok blogów klasycznych (osobistych, np. rodzinnych czy tematycznych, jak ekonomiczne lub informatyczne), zawierających jedynie wpisy, pojawiają się nowe formy: blogi agregujące wpisy z innych witryn, fotoblogi ze zdjęciami, audio- i wideoblogi z nagraniami, moblogi stworzone do redagowania przez komórkę, a ostatnio także mikroblogi w postaci krótkich jednozdaniowych wpisów w serwisie Twitter, informujących znajomych np., co robimy lub co zrobiło na nas wrażenie. Są też, co było łatwe do przewidzenia, hybrydy wszystkich tych wersji. Rację miał zatem Andy Warhol, mówiąc w 1968 roku, że „w przyszłości każdy z nas będzie mieć sposobność zaznania własnych 15 minut sławy”. Blogosfera uczyniła to zadanie banalnie łatwym.
Niektórzy wzięci blogerzy o międzynarodowej sławie, np. internetowy przedsiębiorca i publicysta Jason Calacanis, zwinęli ostatnio swoje blogi rozczarowani tym, że coś, co do niedawna było tylko szlachetnym hobby, dziś staje się masówką zorientowaną na zarobek lub schlebianiem tanim gustom. – Znaczenie blogów jako części internetowego ekosystemu słabnie, bo blogowanie jest dziś czynnością równie prozaiczną jak zmywanie naczyń – zauważa Krzysztof Urbanowicz, autor jednego z najciekawszych polskich blogów o mediach MediaCafé. – Paradoks ich istnienia polega jednak na tym, że dzieje się tak dokładnie w chwili, gdy najwybitniejsze blogi siłą głosu w debacie publicznej wręcz przerastają tradycyjne media.
Sensacją wyborów prezydenckich w USA z 4 listopada 2008 roku nie był ich wynik, lecz opublikowane nazajutrz zestawienie najpopularniejszych stron internetowych, na których Ameryka śledziła kampanię. Na czwartym miejscu, tuż za stacjami CNN, MSNBC i Fox News, uplasował się nieoczekiwanie agregator plotkarskich blogów Drudge Report. Ten sam, który pogrążył Billa Clintona w aferze z Moniką Levinsky. Popularność bloga założonego przez Matta Drudge’a przerosła wyniki oglądalności stron internetowych „The New York Timesa” czy stacji ABC News.
Z Drudge Report przegrał nawet renomowany blog polityczny The Huffington Post, systematycznie publikujący wpisy takich osobistości, jak Barack Obama, dwukrotny laureat Pulitzera Norman Mailer czy aktorka Diane Keaton. Zamiast w opiniotwórczej gazecie czy popularnej stacji telewizyjnej internauci woleli poszukać informacji o wynikach wyborów na plotkarskim blogu, bo uwierzyli, że właśnie tam najszybciej znajdą wpisy-przecieki od osób zaangażowanych w kampanię lub członków komisji wyborczych.
źródło: Newsweek Polska
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Krytyka mikroblogingu.
Świergot zdechłej wrony
Ze zdjęcia w serwisie internetowym Blip.pl patrzy dziewczyna w różowej peruce. Lokalizacja: Wrocław. Motto: Whatever will be, will be. To Rosemary. „Lekarz z pewnych powodów zamienił mi pigułki na plastry. A te wkurwiają mnie niemożebnie. Robi się wokół nich brudna obwódka" - pisze Rosemary. I wysyła to na Blipa.
Czyli w świat. Minęła dopiero godz. 16.00, a Rosemary opublikowała już dzisiaj 13 wiadomości o sobie i swoich nastrojach. Pierwszą o 9.27: „Pada i pada, to już naprawdę staje się nudne". O 13.45: „Deszcz pada, Sade smęci, chianti w kieliszku. Tak, jestem urodzoną optymistką". O 15.57: „Jutro »Tatarak«. Nie lubię filmów Wajdy, ale niemal wielbię Jandę". Zaledwie minutę później: „Jeść".
Chcąc stale w takim tempie informować o swoim stanie ducha i ciała, trzeba by wysyłać do Internetu ponad 90 informacji tygodniowo. Ok. 400 miesięcznie, 4745 rocznie. Rekordziści wysyłają nawet ok. 100 dziennie. Oto największy fajerwerk i fenomen Internetu ostatniego roku: mikrobloging.
Należący do Gadu-Gadu Blip.pl to najpopularniejsza polska replika serwisu Twitter.com z San Francisco. Twitter znaczy po angielsku ćwierkać, świergotać, świergolić. W Polsce mikroblogi są jeszcze egzotyką. Zachodnie media Twitterem już się zachłysnęły. Można się z nich dowiedzieć, że Twitter to rewolucja. Że to nowe medium i nowe dziennikarstwo. Że dzięki Twitterowi Barack Obama został prezydentem USA.
Aż trudno uwierzyć, że zamysł twórców Twittera - trzech młodych ludzi z San Francisco, którzy uruchomili serwis w 2006 r. - sprowadzał się do najprostszego pytania: What are you doing? Wyślij wiadomość, co teraz robisz. Krótką, maksimum 140 znaków. Skąd chcesz, z komputera, smartfona, komórki. Po co? Żeby być w stałym kontakcie ze znajomymi. Ze wszystkimi, którzy chętnie dowiedzą się z Internetu, co u ciebie. Te wiadomości, to tzw. tweety. Coś jak SMS albo MMS - bo można słać także zdjęcia, ale takie, które mają potencjalnie miliony odbiorców w globalnej sieci.
Według Jarosława Rybusa z Gadu-Gadu, na Blipie codziennie ok. 3,5 tys. osób wysyła przynajmniej jeden komunikat. Najnowsze widać na stronie głównej. Reddry: „Oh jej, już 17, a ja jeszcze nie uratowałam świata". Paulaa: „Chyba zrobię sobie frytki". Rzu: „Uskuteczniam szczyt wytworności: czerwone, wytrawne wino do ruskich pierogów". Mikroblogowanie jest proste. Zakładając tzw. profil, trzeba podać e-mail i pseudonim. Ewentualnie dodać nazwisko, zdjęcie, coś o sobie. I można słać tweety albo blipy. Ostatnio na Blipie Paweł Urbański, 27-letni niewidomy alpinista-informatyk, relacjonuje wyprawę na Spitsbergen.
Dlaczego ktoś wysyła w świat wiadomość o tym, że je pierogi? Zdaniem Jana M. Zająca, psychologa z Uniwersytetu Warszawskiego, badacza Internetu i autora pracy doktorskiej o blogach, widać czuje potrzebę: - Nudzi mi się, pójdę z tym do ludzi. Tak to działa. Inżynier Mamoń w „Rejsie" rozmawiał o niczym z kolegą na statku. Teraz rozmawialiby o niczym na mikroblogu.Prof. Kazimierz Krzysztofek ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, badacz społeczeństwa informacyjnego, uważa, że wysyłanie czegokolwiek do Internetu daje ludziom poczucie tzw. teleobecności. - Ludzie tego pragną. Chcą zostawiać ślady, choćby tak błahe jak wpisy w mikroblogach. Pytanie, kto chce te ślady czytać? I dlaczego setki tysięcy osób?
„Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, lecz strach" - pisze na Twitterze Yoko Ono. Wysyła średnio trzy wpisy dziennie. Śledzi je 40 tys. osób. „Hej, mam nadzieję, że macie równie cudowną niedzielę jak ja" - to Oprah Winfrey. Na Twitterze od 17 kwietnia. Jej tweety śledzi już 999 tys. osób. „Jest gorąco w LA" - to Britney Spears. Przyznaje, że część wiadomości wysyła jej sztab. Fanom to nie wadzi - śledzi je ponad 1,44 mln osób. Na mikroblogach od razu widać, kto dodał cię do swojej listy obserwowanych autorów i ile osób czyta twoją twórczość.
Ci czytelnicy na Twitterze określani są jako tzw. followers, na Blipie - obserwujący. To miara popularności. Cokolwiek wyślesz w eter, wszystkim pokaże się im na ekranach.W połowie kwietnia do historii przeszedł Ashton Kutcher. 31-letni amerykański aktor i model, mąż starszej o 16 lat Demi Moore. Był pierwszym, którego wpisy na Twitterze śledziło ponad milion osób. Profile na mikroblogach mają już także media, firmy, marki produktów. W wyścigu do pierwszego miliona rywalem Kutchera była telewizja CNN, która (podobnie jak inne stacje czy gazety) publikuje tam zajawki materiałów, by przyciągnąć widzów. Wieść o sukcesie Kutchera rozniosła się. Efekt? Do maja grono jego obserwatorów wzrosło o dalsze 700 tys. osób.
Celebryci z Blipa
Co jest ciekawego w monologach o tym, że ktoś zaraz zje obiad albo że kupił T-shirt? - Nic ciekawego dla osoby z zewnątrz - mówi Marcin Jagodziński, twórca Blipa. - Ale to błędne rozumowanie, że ludzie wysyłają takie rzeczy w świat. Nie, oni wysyłają je do zainteresowanych. Właściwą miarą jest mikroświat. W mikroświecie Blipa nie ma celebrytów ani z Hollywood, ani z polskich telenowel. Nie ma nawet sławnego w Internecie Gracjana Roztockiego, laureata konkursu Świry 2009, który w sieci publikuje swoje nagie zdjęcia. Mimo to Blip też ma swoje gwiazdy. Lokalne, kieszonkowe, ale jednak. - Tutejsi celebryci to zwykle osoby, o których poza Blipem nikt nie słyszał - mówi Zając. - Mówi coś panu np. nazwisko Tomasz Topa? A na Blipie jest gwiazdą.
Tomasz Topa to student, ma bloga o Internecie oraz ponad 360 obserwujących na Blipie. Blipowy gwiazdozbiór to m.in. pracownik jednego z portali, prawnik, kilku blogerów chętnie piszących o Internecie, kilka kobiet piszących równie chętnie o sobie. Ich cecha wspólna? - Powiedziałbym, że są to osoby znane ogólnie z działalności w sieci, nie tylko na Blipie - mówi Jagodziński (380 obserwujących, czołówka). Ale marzeniem operatorów Blipa jest i tak Doda. No niechby nawet Jola Rutowicz. Ktoś, kto rozpropagowałby serwis. W przeciwnym razie w Polsce zamiast krajowego Blipa może zapanować światowy Twitter.
- Jest w mikroblogach element teatru, życia na pokaz. Ludzie na Blipie piszą po to, żeby wywołać odzew. Liczą, że ktoś ich zauważy, komuś zaimponują. Dobrze jest np. zjechać kogoś znanego. Lansują się tam - mówi Jan M. Zając. - Ale też często mają ciekawe rzeczy do powiedzenia. W cenie jest subiektywność - zastrzega.
Marcin Jagodziński: - Popularność na Blipie daje korzyści. To rozszerzona sieć znajomych, których można o coś spytać, poprosić o radę, pomoc. Wiele razy Blip mi pomógł.Amerykański e-przedsiębiorca Jason Calacanis popularność próbuje sobie zwyczajnie kupić. Za miejsce w czołówce osób, które Twitter rekomenduje jako autorów godnych śledzenia, zaproponował 250 tys. dol. Uznał, że to opłacalny sposób wypromowania się w świecie. Do transakcji nie doszło, ale rozgłos zdobył - ma 67 tys. followers.
W USA do Twittera lgną politycy. Gubernator Kalifornii Arnold Schwarzenegger wysyła średnio 1,6 wiadomości dziennie i ma 115 tys. followers. Nie najlepszy wynik. 41-letni Gavin Newsom, burmistrz San Francisco, ma już 400 tys. obserwujących. Kilkanaście dni temu właśnie na Twitterze ogłosił zamiar walki o fotel gubernatora Kalifornii w najbliższych wyborach. Prekursorem twitterowej wielkiej polityki był sam Barack Obama (ponad 1,16 mln followers). Nie brak opinii, że wykorzystanie Twittera w kampanii pomogło mu wygrać wybory. Potem entuzjazm nowego prezydenta USA do wysyłania tweetów spadł do jednego miesięcznie. Za to 1 maja oficjalny profil na Twitterze założył Biały Dom. Nadaje tam m.in. aktualności o świńskiej grypie.
Pierwszy sygnał o wielkim trzęsieniu ziemi w Chinach w maju 2008 r. pojawił się na Twitterze wcześniej niż w agencjach prasowych. To był znak - na mikroblogu można błyskawicznie poinformować świat o zaobserwowanym wydarzeniu. Świadkowie zamachów terrorystycznych w Bombaju w listopadzie 2008 r. masowo relacjonowali wypadki na Twitterze, pomagając miastu zorganizować się w chaosie. Bombajski fenomen Twittera - w tym plotkę, że nawet zamachowcy śledzą te relacje, by poznać ruchy antyterrorystów - szeroko nagłośniły media.
W styczniu na rzece Hudson w Nowym Jorku wodował samolot. Na ratunek popłynął mu prom - a na nim użytkownik Twittera z komórką z aparatem. Z epicentrum wydarzeń słał relacje i zdjęcie wraku, które z Twittera trafiły nawet do CNN. Wypadki i katastrofy przynoszą Twitterowi sławę. Według firmy analitycznej somScore, w marcu z serwisu korzystało ok. 20 mln osób. To już nieaktualne, bo użytkowników przybywa ostatnio w tempie ponad 100 proc. miesięcznie! - Żyjemy w coraz szybszym społeczeństwie, gdzie nie ma miejsca na rozwlekłość - mówi prof. Kazimierz Krzysztofek.
- Ludziom zmienia się percepcja, stają się niezdolni do dłuższego skupienia uwagi, nie chcą czytać długich rzeczy. Twittery się w to wpisują. Ale to, na czym serwis będzie zarabiać, wciąż jest niewiadomą. Na razie duże pieniądze to tylko pogłoski, zgodnie z którymi Twittera chciał przejąć największy na świecie serwis społecznościowy Facebook, potem Google (proponując jakoby 250 mln dol. w gotówce), a ostatnio Apple - za 700 mln dol. O transakcjach na razie nie słychać.
Mikroblogowanie jest proste
Na Blipie Rosemary zmieniła zdjęcie. Teraz ma kwietny wianek i ciemne okulary. I pisze, że przeczytała „Amerykański czyściec". Ma 20 obserwujących. Niezbyt wielu. - Nie szukam tu nowych kontaktów. Na Blipie po prostu mogę w krótkiej formie przekazać znajomym wrażenia z filmu, książki, spotkania - twierdzi Rosemary, która naprawdę ma na imię Magda, 29 lat.
Zdaniem Michała Prysłopskiego, szefa wydań internetowych „Rzeczpospolitej", „Parkietu" i „Życia Warszawy", komunikację twitterową opisał już Jan Christian Andersen w bajce o głupim Jasiu. - Jaś jedzie drogą i krzyczy „Patrzcie! Jadę! Znalazłem zdechłą wronę!". Za chwilę: „Mam stary but!". Zaraz potem: „Ale błoto!" - ironizuje Prysłopski. - Nie widzę realnych korzyści dla użytkownika takich serwisów poza daniem upustu egocentryzmowi. To przelotna moda. Ale może się mylić. Głupi Jaś w bajce zdobył rękę królewny.
- Moda, jak każda, przeminie. Ale same mikroblogi pewnie pozostaną. Jak bardzo będą popularne za parę lat? - zamyśla się prof. Krzysztofek. Środowisko internetowe i technologie zmieniają się za szybko, by to prognozować. Ale z czasem może pojawić się kontrmoda. Protest ze strony ludzi, którzy tego typu kulturę komunikacji uznają za płytką i tandetną. To tak, jak reakcją na fast food stała się moda na slow food.
CZYTAJ TAKŻE:
- Alpha i Omega - Użytkownicy Internetu czekają na nową wyszukiwarkę. Właśnie pojawiła się WolframAlpha. Nie wyszukuje źródeł, tylko podaje odpowiedzi. Jej twórcą jest ekscentryk Stephen Wolfram.
- Siódme okno - Siódemka ma w naszej cywilizacji konotacje dość szczególne: uchodzi za jedną z liczb magicznych, a na starożytnym Bliskim Wschodzie uważana była wręcz za świętą. Czego możemy się spodziewać po nowych Windowsach 7?












