Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lipca 2009

Textsprint na Blip

środa, 1 lipca 2009

wtorek, 30 czerwca 2009

e!stilo nowy magazyn dla kobiet



piątek, 26 czerwca 2009

Koniec porno w kioskach.

Jak małe stowarzyszenie może wygrać walkę z wielką spółką skarbu państwa? Kupując jej akcje. Choćby dwie.

Przeciwnicy eksponowania pism porno w kioskach tak właśnie rozpracowali Ruch SA. Teraz firma musi ich wpuścić na walne zgromadzenie akcjonariuszy i dopuścić do głosu.

W poniedziałek w Warszawie odbędzie się walne zgromadzenie akcjonariuszy Ruch SA. Spotkanie nie będzie jednak przypominało corocznego nudnego zjazdu. Wśród zebranych na sali znajdą się wojujący z Ruchem przedstawiciele stowarzyszenia Twoja Sprawa. I całkiem legalnie dojdą do głosu.

- Jako akcjonariusze mamy takie prawo - mówi Rafał Porzeziński ze stowarzyszenia Twoja Sprawa. Jak to możliwe? Po prostu stowarzyszenie kupiło akcje Ruchu. Konkretnie dwie, za 17 zł. To wystarczy, żeby być wpuszczonym na walne zgromadzenie.

- Chcemy spytać dlaczego zarząd spółki skarbu państwa nic nie robi, żeby uchronić przed kontaktem z pismami porno dzieci i osoby, które tego sobie nie życzą. Dziś zdarza się, że gazety z rozebranymi paniami na okładce leżą obok żelków czy dziecięcego magazynu Ciuchcia - mówi Porzeziński.

Stowarzyszenie kupiło akcje, gdy nie zadziałały konwencjonalne metody protestu. Zarząd Ruchu nie odpowiadał na przykład na 800 listów protestacyjnych wysłanych przez przeciwników porno gazet.

Czy zabranie głosu na walnym zgromadzeniu będzie skuteczne? Jest szansa, że tak. Jeśli zarząd nie odpowie na pytania lub odpowie wymijająco, przedstawiciel Twojej Sprawy zagłosuje przeciw absolutorium dla władz spółki. Oczywiście to za mało, aby odwołać zarząd, ale komunikat z głosowania musi być wysłany na Giełdę Papierów Wartościowych. - A to może poruszyć cenami akcji. Nie chcemy szkodzić Ruchowi, więc mam nadzieję, że zarząd ustosunkuje się do zarzutów i jednak wymusi na kioskarzach schowanie tych pism z oczu dzieci - mówi Porzeziński.

źródło: dziennik.pl

Magazyn Prime

Nowy kwartalnik dla mężczyzn

'Magazine For Men Prime' - to nowy luksusowy kwartalnik dla mężczyzn, który dziś debiutuje na rynku. - Tworzymy pismo lifestylowe, mocno skoncentrowane na mężczyźnie: jego planach, marzeniach, osiągnięciach - mówi Ryszard Bałys, redaktor naczelny i właściciel tytułu. Nowe pismo skierowane jest do mężczyzn powyżej 30. roku życia, prowadzących aktywne życie zawodowe i otwartych na świat. Najbliższym konkurentem nowopowstałego magazynu jest dwumiesięcznik "Male Man", ale jak zaznacza Matylda Stanowska, odpowiedzialna za PR "Prime", jest on adresowany do nieco starszego i bardziej związanego z pracą zawodową czytelnika niż "Male Man" .
Na łamach "Prime" znaleźć można m.in. sylwetki i wywiady z osobami o dużym dorobku zawodowym, ale nie goszczącymi regularnie na pierwszych stronach gazet (w pierwszym wydaniu są to m.in. Hubert Urbański i producent filmowy Grzegorz Hajdarowicz), działy dotyczące mody i stylu, felietony, artykuły poświęcone psychologii biznesu i seksuologii, a także przegląd wydarzeń czy prezentacje gadżetów. Tytuł liczy 136 stron.
primeformen
W gronie felietonistów magazynu są: Andrzej Stasiuk, Artur Andrus, Edi Pyrek i Marek Jóźwik. Z "Prime" współpracują również m.in. pisarz Łukasz Orbitowski, publicyści Maciej Kuźmicz i Kamil M. Śmiałkowski, seksuolog Michał Lew-Starowicz, stylista Marcin Dąbrowski oraz Monika Luft. Autorem projektu graficznego kwartalnika jest Tomasz Bocheński, dyrektor artystyczny "Dziennika Polskiego", a logotyp i typografię dla pisma opracował wielokrotnie nagradzany Portugalczyk Mario Feliciano
Magazyn "Prime" kosztuje 9,90 zł, a nakład pierwszego numeru wynosi 25 tys. egz. Kwartalnik dystrybuowany jest w salonach Empik, punktach Relay, In Medio i salonach prasowych Ruch a także w sieci Kolporter. Jak informuje nas Matylda Stanowska, pismo docelowo ma zostać przekształcone w miesięcznik.
Wydawca nie planuje szerokiej kampanii reklamowej magazynu w mediach. Tytuł promowany będzie poprzez ekspozycję w miejscu sprzedaży, działania public relations czy poprzez obejmowanie patronatów prasowych nad wydarzeniami związanymi z modą, sztuką, motoryzacją i kulturą.

źródło: materiały wydawcy

niedziela, 14 czerwca 2009

Krótka historia „Dziennika” via "Przekrój"

Aleksandra Pawlicka

„Dziennik” to pierwsza ogólnopolska gazeta, która nie dała rady kryzysowi. Z tej okazji jedni wznoszą lampkę szampana, inni czekają na czarną polewkę.

Gdy 2 czerwca gruchnęła informacja o połączeniu „Dziennika” z „Gazetą Prawną”, w redakcji tego pierwszego zapanowała panika. – O ewentualnym połączeniu plotkowano od dawna, ale jeszcze dwa tygodnie temu naczelny uspokajał zespół, że mamy przynajmniej dziewięć miesięcy stabilnej sytuacji przed sobą – opowiada jeden z dziennikarzy „Dziennika” i dodaje: – O zmianach dowiedzieliśmy z maila rozesłanego przez wydawcę.

Sytuacją zaskoczony był też sam naczelny. Robert Krasowski, który stworzył „Dziennik” od podstaw, jeszcze tego samego dnia złożył wymówienie. Nie chce niczego komentować, bo jak nam mówi, „na ciepłe słowa nie ma ochoty, a szkodzić nikomu nie zamierza”.
Wydawca „Gazety Prawnej”, polska firma Infor, ma 51 procent udziałów w nowej spółce, która wchłonęła „Dziennik” wydawany przez niemiecki koncern Axel Springer. Do jesieni „Dziennik” będzie ukazywał się w obecnym kształcie, ale pod kierownictwem dotychczasowego szefa „Newsweeka” Michała Koboski. Bo „Newsweek”, podobnie jak bulwarówka „Fakt”, należą do tego samego wydawcy. Jednak to „Dziennik” miał być bronią Axela Springera, za pomocą której chciał wygrać wojnę o prymat na polskim rynku prasy.



Wejście smoka
Trzy lata temu, gdy „Dziennik” wchodził na rynek, głośno było o medialnym starciu. Rekrutowanym za ciężkie pieniądze dziennikarzom mówiono, że tworzony tytuł idzie na wojnę z „Gazetą Wyborczą”. Nic dziwnego – było to nie tylko biznesowe założenie wydawcy, ale przede wszystkim prywatna, ideologiczna wojna założycieli „Dziennika”.
Robert Krasowski i część jego zastępców wywodzili się bowiem z prawicowego środowiska od dawna atakującego „Gazetę” i jej naczelnego Adama Michnika. Teraz przystępowali do wojny uzbrojeni w nowe doświadczenia, zdobyte między innymi w „Fakcie”, gdzie pracowała wcześniej większość kierownictwa nowej gazety.
Felietonista Maciej Rybiński już w pierwszym numerze „Dziennika” ogłosił, że jego publikacje będą odpowiedzią na „strach siany przez »Gazetę Wyborczą« przed agresją niemiecką na Polskę dokonaną za pomocą prasy”. Rzeczywiście, wejście „Dziennika” wywołało spore zamieszanie na rynku, między innymi wymuszając na „Wyborczej” obniżenie ceny prawie o połowę, do 1,50 złotego. Kilka miesięcy później ten sam Rybiński triumfalnie obwieścił na pierwszej stronie: „Koniec Polski Kiszczaka i Michnika”. Było to w samym środku batalii lustracyjnej rządu PiS, który „Dziennik” popierał od początku.
Niedługo potem Robert Krasowski zarzucał Michnikowi, że „poświęcił jedną trzecią życia na obronę ubeków”, a inny publicysta „Dziennika” Cezary Michalski regularnie pisywał komentarze o charakterystycznych tytułach: „Polska to nie tylko Czerska” albo „Atak zazdrości Agory”. Ale same tytuły nie oddają obsesji, jaką ten czołowy ideolog „Dziennika” miał na punkcie Michnika i „Gazety”.

Agora, wydawca „Wyborczej”, nie pozostawała dłużna. Ówczesna prezes Wanda Rapaczyńska, zanim jeszcze ukazał się „Dziennik”, już oświadczyła w „Financial Times Deutschland”: „Jest wysoce prawdopodobne, że przy tak szybkim tempie ekspansji za kilka lat Axel Springer będzie decydował również o tym, kto zostanie polskim premierem”.

Zarówno w „Gazecie Wyborczej”, jak i w „Rzeczpospolitej” obawiano się olbrzymiego niemieckiego kapitału. Gdy wprowadzano na rynek „Dziennik”, Axel Springer miał 2,5 miliarda euro wolnej gotówki. Takie zasoby nie tylko pozwalały na silną promocję nowego tytułu, lecz także na królewskie stawki dla pracowników. Niektórym dziennikarzom proponowano pensje przekraczające 10 tysięcy złotych, sprawnym redaktorom – nawet kilkanaście tysięcy. To prawie o połowę więcej niż w większości innych redakcji. Podobnie zresztą rozpieszczano felietonistów. O Jerzym Pilchu (podkupionym z „Polityki”) czy w ostatnich miesiącach Janie Rokicie krążyła fama, że otrzymują wynagrodzenie rzędu 50 tysięcy złotych miesięcznie.

– „Dziennik”, zwłaszcza na początku, był dla „Gazety” ogromnym zagrożeniem. Wojna cenowa zatrzęsła przychodami Agory. Przypuszczam, że na wieść o końcu „Dziennika” zespół „Gazety” i jej wydawca odetchnęli z ulgą – mówi profesor Wiktor Pepliński, medioznawca z Uniwersytetu Gdańskiego.

I ma rację. Wicenaczelny „Gazety Wyborczej” Piotr Stasiński przyznaje w rozmowie z „Przekrojem”: – To duża ulga. Zmniejszenie konkurencji w trudnym czasie, gdy wszystkie gazety odnotowują ubytek ogłoszeń i malejące czytelnictwo ze względu na ekspansję Internetu.
I nie chodzi tylko o konkurencję na rynku newsów, ale także całej machiny sprzedaży. To właśnie broniąc się przed „Dziennikiem”, Agora wprowadziła na rynek całą serię kolekcji: książek, płyt muzycznych czy filmów DVD dodawanych do „Wyborczej”. „Dziennik” zaś kopiował wszystkie te projekty, wydając własne serie. Według znawców rynku, po to by upodobnić się do rywala.

Paradoksalnie to jednak nie w redakcji „Gazety Wyborczej” wzniesiono toast radości na wieść o upadku „Dziennika”. Korki strzeliły w redakcji „Rzeczpospolitej”, której redaktor naczelny Paweł Lisicki zaprosił zespół na lampkę szampana. To paradoks, bo wzmocnienie „Gazety Prawnej”, która wchłonęła „Dziennik”, to śmiertelne zagrożenie właśnie dla borykającej się z kłopotami „Rzeczpospolitej”. Radość szefów „Rz” była jednak nie tyle biznesowa, ile ideologiczna – nikt przez ostatnie dwa lata nie prowadził tak brutalnego sporu na łamach jak prawicowcy z „Rzeczpospolitej” z prawicowcami z „Dziennika”.

Polityczny przekręt
– Szkoda, że „Dziennik” od początku spełniał głównie funkcję anty-„Wyborczej”. Twórcy nowego pisma słusznie założyli, że jest grupa ludzi, którzy chcą alternatywy dla gazety Michnika – twierdzi profesor Wiesław Godzic, medioznawca z Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej w Warszawie. – Zamiast jednak skupić się na zdobywaniu czytelników i tworzeniu dobrej gazety, skoncentrowali się na walce z prasowym przeciwnikiem. I przeholowali z prawicowością.

Jeśli bowiem o „Gazecie Wyborczej” mówi się, że ma skrzywienie lewicowe, to „Dziennik” od samego początku nie krył sympatii propisowskich. To na jego łamach w ciągu pierwszego miesiąca prezydent Lech Kaczyński dwukrotnie publikował obszerne teksty na temat własnej wizji solidarnej Europy i gazociągu, a Jarosław Kaczyński ogłosił, że zostanie premierem. Nie mówiąc już o wazeliniarskim tekście Michała Karnowskiego „Jarosław Kaczyński chce być żelaznym kanclerzem”, w którym minuta po minucie w socrealistycznym stylu, ale całkowicie na serio i z oddaniem opisał dzień prezesa PiS.

Sympatia „Dziennika” nie ograniczała się tylko do braci Kaczyńskich. Jego ulubieńcem był także Zbigniew Ziobro. A to jechał podglądać Anglików, jak walczą ze stadionowym chuligaństwem, a to obiecał odbierać samochody pijanym kierowcom. Walczył też na łamach „Dziennika” z przemocą w szkole, zmową prokuratorów, korporacjami prawniczymi i przepełnionymi więzieniami, zapowiadając wysłanie więźniów do pracy. W lutym 2007 roku „Dziennik” nazwał go „wielką nadzieją braci Kaczyńskich”, a tydzień później stanął za Ziobrą murem w sprawie kardiochirurga Mirosława Garlickiego, publikując na pierwszej stronie wielki tytuł: „Doktor śmierć?”.

„Dziennik” mocno też zaangażował się w lustrację. Publikował teksty oskarżające o współpracę z SB hierarchów i znanych księży (księdza Michała Czajkowskiego, księdza Mieczysława Malińskiego, arcybiskupa Stanisława Wielgusa). Z równą stanowczością zwalczał osoby niepodpisujące oświadczenia lustracyjnego: o Bronisławie Geremku Piotr Zaremba napisał „Groźny precedens Geremka”, a o dziennikarzach takich jak Ewa Milewicz czy Wojciech Mazowiecki inny publicysta „Dziennika” Paweł Śpiewak pisał: „Protestują dziennikarskie primadonny”. Gdy zaś Trybunał Konstytucyjny uznał znaczną część ustawy lustracyjnej za niezgodną z prawem, Michał Karnowski żalił się: „A więc taki finał ma bunt wykształciuchów? (...) A więc tak kończy się opowieść o strażnikach wartości – jak nazwał siebie prezes Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień? Przecieram okulary i nie wierzę”.
Gdy „Dziennik” wchodził na rynek, w sejmowych kuluarach huczało od plotek, że atak Jarosława Kaczyńskiego na media, uporczywe powtarzanie, że „w Polsce nie ma wolnych mediów, a dziennikarze działają w interesie swoich właścicieli lub mocodawców politycznych”, jest torowaniem drogi dla nowej gazety. Przedstawiciele Axela Springera mieli konsultować projekt „Dziennika” z braćmi Kaczyńskimi. Był początek 2006 roku, roku wyborów samorządowych i realizacji sztandarowych projektów PiS. Prezesowi tej partii zależało na własnej trybunie prasowej.

Wybuchy i niewypały
Pierwszy dziennikarski strzał „Dziennika” miał zabarwienie polityczne. Chodziło o sprawę eurodeputowanego PO Pawła Piskorskiego. „Dziennik” napisał, że sadzi on „prywatną puszczę na Pomorzu”. Zarzuty gazety dotyczyły niewyjaśnionego pochodzenia pieniędzy, za które Piskorski kupił 320 hektarów ziemi pod zalesianie. Tekst stał się przyczynkiem do wyrzucenia Piskorskiego z Platformy w ciągu trzech dni.

Kolejną publikacją, która odbiła się głośnym echem, była pod koniec 2006 roku sprawa corhydronu – lekarstwa na uczulenia, którego cała partia zawierała substancję używaną w anestezji, mogącą przy nieodpowiednim podaniu spowodować śmierć pacjenta.
W jeleniogórskiej Jelfie wstrzymano produkcję.

Oba teksty pokazały, że „Dziennik” mógłby istnieć na rynku nie tylko jako polityczna tuba, ale także jako forum dla rzetelnej dziennikarskiej roboty. Podobnie było z głośną we wrześniu 2008 roku publikacją o nepotyzmie i nieprawidłowościach w zarządzaniu KRUS.

Po doniesieniach „Dziennika” premier odwołał odpowiedzialnego za nadużycia prezesa KRUS Romana Kwaśnickiego, a piszący o sprawie dziennikarze otrzymali nominację do nagrody Grand Press w dziedzinie dziennikarstwa śledczego.

Jednak codzienność „Dziennika” była zupełnie inna. Dziennikarze wspominają, że od zawsze w gazecie panowała niespotykana presja, jak i o czym pisać.

– Mieliśmy sześciu wicenaczelnych, z których każdy innego dnia tygodnia prowadził numer, decydując o jego kształcie. Byli „królami jednego dnia”. Pod nich trzeba było pisać teksty. Decydowali, do kogo dzwonić w danej sprawie i co dana osoba powinna powiedzieć, a jeśli rzeczywistość nie chciała się dopasować, to tym gorzej dla rzeczywistości – opowiada dziennikarz „Dziennika”.

Jeden z redaktorów pracujących przy pierwszej stronie gazety wspomina, że na zamówienie naczelnych przygotowywał listę najpopularniejszych polityków ostatniego 20-lecia. Chodziło o udowodnienie tezy, że PiS nie powinien tak łatwo rezygnować z odwołanego właśnie popularnego premiera Marcinkiewicza. – Przez cały dzień przebijałem się przez rankingi CBOS-u, na wieczór miałem gotową pierwszą piątkę. Marcinkiewicz się zmieścił, był drugi czy trzeci, ale zabrakło Lecha Kaczyńskiego, swego czasu bardzo popularnego jako minister sprawiedliwości czy prezydent Warszawy. „Gdzie Kaczyński?” – zapytali naczelni. „Nie załapał się, jest szósty”. „Kto jest piąty?”. „Donald Tusk”. „Wywalcie Tuska, wstawcie Kaczyńskiego” – zapadła decyzja.

I choć z czasem gazeta zaczęła zmieniać linię polityczną na bardziej umiarkowaną (tracąc przy tym kolejnych czytelników), życzenia kierownictwa dalej często ocierały się o absurd. Gdy zaczęły rosnąć szanse Baracka Obamy, dowodzący tego dnia wicenaczelny kazał działowi kultury zapytać słynnych Amerykanów, na kogo będą głosować. Do godziny 16 mieli zebrać opinię Arnolda Schwarzeneggera, Martina Scorsese, Roberta De Niro oraz Toma Cruise’a. Nikt nie odważył się zwrócić wicenaczelnemu uwagi, że numery gwiazd Hollywood nie figurują w książce telefonicznej. Ktoś zasugerował jedynie, że różnica czasu w stosunku do Los Angeles wynosi w Polsce dziewięć godzin, więc wykonanie zadania choćby z tego powodu jest niemożliwe. Prowadzącego to jednak zupełnie nie interesowało.

Naciąganie rzeczywistości i parcie na sensacyjność wzrastały wprost proporcjonalnie do spadku sprzedaży „Dziennika”. Pierwsze załamanie przyszło, gdy Axel Springer podniósł w połowie 2007 roku cenę piątkowego wydania. Rok później był zmuszony do kolejnej podwyżki. A od stycznia tego roku, gdy cena osiągnęła dwa złote, coraz częściej zdarzały się przypadki rozdawnictwa „Dziennika”. Otrzymywali go na przykład – i to nocą, prosto z drukarni – bywalcy stołecznej kawiarni Szpilka i mieszkańcy warszawskich Bielan, którzy znajdowali rano na klatkach schodowych stosy podrzuconego „Dziennika”.
Na kłopoty ze sprzedażą nałożyły się w ostatnim czasie dwie dziennikarskie wpadki. Po pierwsze, źle przyjęte w środowisku medialnym zdekonspirowanie tożsamości blogerki Kataryny, którą wcześniej „Dziennik” szantażował, po drugie, publikacja wywiadu, którego nie było. Jacek Chwedoruk, dyrektor banku inwestycyjnego Rothschild Polska, miał w rozmowie z „Dziennikiem” skrytykować działalność finansową posła Janusza Palikota opisywaną w sensacyjnym tonie przez gazetę od kilku dni. Słowa Chwedoruka idealnie pasowały do potwierdzenia stawianej przez „Dziennik” tezy, tyle tylko, że... nigdy nie padły z jego ust. Sprawa posła nie jest jednoznaczna, Palikot broni się, pozywając dziennikarzy i gazetę do sądu.

Jesienny szturm
– Nie sądzę, żeby koniec „Dziennika” miał związek z wielomilionowym roszczeniem posła Palikota. Przyczyn należy szukać w kurczeniu się rynku prasy – uważa profesor Maciej Mrozowski z Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Tego ciśnienia nie wytrzymał ostatnio czwarty ogólnopolski dziennik, „Polska”, który zmuszony był zamknąć część regionalnych wydań.

Dziś najważniejsze dla polskiej prasy pytanie brzmi: co urodzi się z połączenia „Dziennika” i „Gazety Prawnej”? Według części środowiska medialnego wydawca „Prawnej” nie ma ani ochoty, ani pieniędzy na inwestowanie w nową gazetę. Przejmując „Dziennik”, tak naprawdę kupił stronę internetową, bo w pakiecie przejął także znakomicie radzący sobie portal Dziennik.pl.

Według profesora Mrozowskiego nowy tytuł może jednak okazać się wyzwaniem dla konkurencji. Jeśli z połączenia dwóch gazet powstanie odpowiednik „Financial Times” – silnej gazety gospodarczo-biznesowej z działem wyważonych analiz politycznych.

– „Dziennik” zostawia po sobie pewien niesmak, ale dla wchłaniającej go „Gazety Prawnej” to przede wszystkim szansa, by przeskoczyć z półki prasy branżowej na półkę prasy opiniotwórczej – ocenia Tomasz Tęcza z domu mediowego SPC House of Media.

To zaś oznacza, że zarówno szampan w redakcji „Rzeczpospolitej”, jak i uczucie ulgi w „Gazecie Wyborczej” mogą być przedwczesne. Jesienią czeka je starcie znacznie bardziej wyniszczające niż to sprzed trzech lat. Paradoksalnie więc zniknięcie „Dziennika” może być groźniejsze dla obu gazet niż jego pojawienie się w/kioskach wiosną 2006 roku.

Aleksandra Pawlicka
współpraca: iggy, mil, aj, pm
"Przekrój" 23/2009

Polskie media internetowe rzadko cytowane

Polskie portale oraz serwisy internetowe nie należą do opiniotwórczych źródeł chętnie cytowanych przez inne media - wynika z badania przeprowadzonego przez Instytut Monitorowania Mediów (IMM).

Analiza częstotliwości cytowania poszczególnych mediów przez inne media na podstawie przekazów prasowych, telewizyjnych i radiowych została przeprowadzona w grudniu 2006 roku na podstawie 6960 przekazów mediowych. W badaniu nie zostały uwzgledniane przekazy, których zródłem sa agencje informacyjne.

Jak obliczyli analitycy IMM, w tym czasie dziennikarze odnosili się do wiadomości podawanych na łamach innych mediów 7125 razy (3037 razy w prasie, 2392 w telewizji i 1696 w radiu). Na media internetowe powołano się zaledwie kilkaset razy - pierwsza piątka uzbierała zaledwie 219 odniesień.

W rankingu najczęściej cytowanych mediów elektronicznych na pierwszym miejscu znajduje się portal Onet (93 razy), na drugim Interia (52 razy), trzecie miejsce przypadło Wirtualnej Polsce (33 razy), czwarte portalowi Gazeta.pl (26) a piąte uruchomionemu niedawno w Sieci serwisowi Dziennik.pl (15).

Pomimo przewodzenia w rankingu mediów internetowych, portal Onet.pl nie znalazł się jednak w rankingu 15 najczęściej cytowanych źródeł. Tutaj przoduje prasa papierowa - Gazeta Wyborcza, na którą powołano się 1597 razy, Rzeczpospolita - 1154 razy oraz Dziennik - 1087 razy.

Wśród tematów powołań w grudniu ubiegłego roku (we wszystkich mediach) prowadziły przegląd prasy oraz polityka, a na trzecim miejscu znalazł się temat "seksafera w Samoobronie". Poza tym powoływano się w sprawach lustracji abp. S. Wielgusa, afer związanych z Młodzieżą Wszechpolską, lustracją dziennikarzy, a także afery z wykorzystaniem policjantów do czynności pozasłużbowych.

Szczegóły badania znajdziecie w dokumencie Najbardziej opiniotwórcze polskie media w grudniu 2006 r. (format .pdf)

Krzysztof Gontarek - Dziennik Internautów - www.di.com.pl

sobota, 13 czerwca 2009

Mikrobloging.Najciekawsze profile prasowe na blip.pl

Mikrobloging. Naszym zdaniem najciekawsze profile prasowe w polskim serwisie mikroblogingowym blip.pl:










niedziela, 7 czerwca 2009

sobota, 6 czerwca 2009

Prasa tradycyjna w internecie (Media Standard 2009, prezentacja)

Na początku kwietnia odbyła się kolejna edycja konferencji Media Standard, poświęcona roli tradycyjnych mediów w kontekście rozwoju internetu. Konferencję otworzyła prezentacja Polskich Badań Internetu na temat oglądalności witryn internetowych dzienników, tygodników i czasopism.

Z przedstawionych w dokumencie danych z badań CBOS (z 2008 roku) wynika, że:

    1. ponad połowa internautów (58%) deklaruje czytanie internetowych wersji gazet lub czasopism,
    2. w populacji wszystkich Polaków w wieku 18+ odsetek ten wynosi 26%, co odpowiada liczbie około 7,8 mln osób,
    3. w porównaniu z rokiem 2006, odsetek osób deklarujących czytanie internetowych wersji gazet/czasopism wzrósł o 11% (lub inaczej: o 6 punktów procentowych). Dla porównania, odsetek osób deklarujących słuchanie przez internet radia wzrósł o 48% (12 punktów procentowych), zaś deklarujących oglądanie TV przez internet wzrósł o 21% (3 punkty procentowe).

W dalszej części prezentacji zestawiono dane z badań czytelnictwa prasy PBC (wskaźnik Czytelnictwo Cyklu Sezonowego) w populacji osób w wieku 15-75 z danymi o odwiedzaniu witryn prasy przez internautów w wieku 7+ (na podstawie badania Megapanel PBI/Gemius). Celem było porównanie zasięgów tytułów prasy codziennej i czasopism z ich odpowiednikami online.

Z zestawień porównawczych wynika m.in. że:

  • o ile papierowe wydanie dziennika Fakt wśród wszystkich Polaków w wieku 15-75 ma zasięg (CSS) 15,6%, to jego wersja online w populacji internautów 7+ ma zasięg jedynie 1,3%,
  • najpopularniejszą witryną gazety codziennej jest serwis Wyborcza.pl, który w styczniu 2009 roku odwiedziło 1,35 mln użytkowników,
  • największy wzrost liczby użytkowników (o blisko 351 tysięcy użytkowników) na przestrzeni stycznia 2009 do 2008 zanotowała witryna Dziennik.pl,
  • biorąc pod uwagę 15 najpopularniejszych “papierowych” tygodników, to poza tygodnikami opinii (Wprost, Polityka, Newsweek) oraz Auto-Świat i Gala, pozostałe są praktycznie nieobecne w wersji online (poza na ogół prostymi prezentacjami okładek, nakładów, etc.),
  • najpopularniejszym tygodnikiem w wersji online jest witryna Wprost, którą w styczniu 2009 roku odwiedziło 421 tys. uzytkowników,
  • spośród 15 najpopularniejszych miesięczników, poza Muratorem pozostałe są bardzo słabo lub zupełnie nieobecne w postaci rozbudowanych wersji online.

Tygodniki online będą się bić

Tygodniki online będą się bić

Czasy świetności drukowanych gazet i magazynów są już najpewniej za nami. W ciągu ostatnich lat dzienniki, tygodniki, magazyny specjalistyczne rozbudowały swoje wydania internetowe, aby przyciągnąć, uciekających do internetu, czytelników. Narażeni na odpływ czytelników do internetu są w dużym stopniu tygodniki społeczno-polityczne, które i w internecie zaczynają coraz aktywniej konkurować ze sobą...

Więcej na: InternetStandard

czwartek, 4 czerwca 2009

środa, 20 maja 2009

E-prasa w natarciu?!

Według raportu serwisu Money.pl, Polacy kupują ponad ćwierć miliona elektronicznych wydań gazet miesięcznie.

Wydawcy i dystrybutorzy e-prasy wskazują na jej dostępność, wygodę wyszukiwania informacji, interaktywność oraz aspekty ekologiczne, jako kluczowe czynniki decydujące o takiej popularności. Dla czytelnika nie mniej ważna pozostaje również cena, która w niektórych przypadkach jest od 15 do 20 proc. niższa niż cena wydań drukowanych.

eGazety, Nexto i e-Kiosk - trzej kluczowi gracze na polskim rynku cyfrowej prasy, mogą poszczycić się średnią miesięczną sprzedażą na poziomie 270 tysięcy egzemplarzy.

Wydania cyfrowe postrzega się, póki co, jako poszerzenie sposobu dotarcia do ostatecznego klienta i kolejny kanał sprzedaży oraz dystrybucji.

Do najchętniej kupowanych e-wydań tytułów prasowych zaliczyć można przede wszystkim tygodniki opinii, przy czym w przypadku e-Kiosku pierwsza trójka to: "Newsweek", "Wprost" oraz "Forbes", w przypadku Nexto: "Polityka", "Twój Weekend" [ten tytuł akurat wyłamuje się z kategorii - przyp. interaktywnie.com], "Forum", a w przypadku eGazety: "Nie", "Tygodnik Powszechny" oraz "Fakty i Mity". Druga grupa najchętniej kupowanych tytułów to wydawnictwa branżowe i specjalistyczne, przede wszystkim o profilu gospodarczym i informatycznym.

Co ciekawe, na dużą część przychodów dystrybutorów e-prasy składa się prenumerata: eGazety - prawie wszystkie tytuły, Nexto - 40 proc., e-Kiosk - 17 proc.

Kioski z cyfrową prasą, to w obecnej dobie rynek bardzo dynamiczny. Z jednej strony za taki stan rzeczy odpowiedzialne są zmieniające się potrzeby czytelników, z drugiej - podejście wydawców, którzy przestali traktować e-prasę jako swoisty dodatek do wydań papierowych, a uznali jej status pełnoprawnego kanału dystrybucji.

Wbrew pozorom, cyfrowa prasa, szybko nie wyprze jednak z rynku wydań tradycyjnych. Rewolucję przynieść może dopiero upowszechnienie taniej i wygodnej technologii jej odczytu i prezentacji, np., obsługującego kolory e-papieru.

Więcej na temat e-prasy w Polsce, w raporcie Money.pl.

Żródło: Money.pl i Interaktywnie.com

czwartek, 14 maja 2009

Pierwszy numer Gazety Wyborczej w Interencie, 16 rocznica!

Już niebawem bo dokładnie za dwa miesiące, 14.07 będziemy obchodzić szesnastą okrągłą rocznicę publikacji pierwszego numeru GW w internecie. Z tej okazji przytaczamy tekst, który ukazał się w GW na 15 rocznicę tego wydarzenia.

Wczesnym latem 1993 roku zapaleńcy z krakowskiej redakcji "Gazety" wysłali pierwsze maile z artykułami z lokalnego dodatku. Od tej pory mija piętnaście lat, gdy "Gazeta Wyborcza", jako pierwsza w Polsce, wkroczyła do internetu.

Agencja Reutera podała niedawno, że amerykański tygodnik "Time" jest już dostępny dla abonentów z całego świata dzięki poczcie elektronicznej. Z wielką satysfakcją pragniemy donieść naszym Czytelnikom, że każdy, kto ma dostęp do poczty elektronicznej, może codziennie otrzymywać "Gazetę w Krakowie" - lokalne wydanie "Gazety Wyborczej" - napisał wtedy Stanisław Marcin Stanuch, jeden z twórców pierwszej strony Wyborczej. Jak wyglądały takie strony można zobaczyć tu edugwkgwk].

Żadne medium przedtem nie było w stanie samodzielnie znaleźć się w raczkującej jeszcze sieci zwanej poetycko "cyberprzestrzenią". Redaktorzy krakowskiej "Gazety Wyborczej" nawiązali współpracę z Uczelnianym Centrum Informacyjnym Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie i rozsyłali strony mailem z tamtejszych serwerów. Głównymi odbiorcami byli na początku polscy naukowcy przebywający w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej. Przed krakowską "Wyborczą" w sieci dostępne były elektroniczne wydania amatorskich gazetek, jak np. "Pigułki" czy "Donosy".

Czytelnicy byli słabo zorientowani, jak korzystać z dobrodziejstw sieci. Konieczne były szczegółowe objaśnienia. Takie jak to opublikowane w krakowskim dodatku Gazeta Komputer w 1994 roku: Elektroniczne wydanie "Gazety" dostępne jest przez dwa popularne serwisy internetowe: WWW (mosaic) oraz gopher. W związku ze sporym zainteresowaniem wkrótce planujemy dystrybucję rozszerzyć także na: ftp (możliwość skopiowania całego wydania), LISTSERV (możliwość prenumeraty) oraz być może poprzez grupę UseNet news (rozsyłanie w Polsce). (...) Aby dotrzeć do tekstu "Gazety" poprzez gopher (zwany w Polsce świstakiem) należy skorzystać z programu o tej samej nazwie. Na komputerze uniksowym uruchamia się go po prostu poleceniem gopher. Pracując pod Unixem najlepiej w linii wywołania wpisać od razu adres komputera przechowującego "Gazetę" czyli piszemy: gopher gopher.cyfronet.krakow.pl

Gdy na ekranie pojawi się menu, wybieramy z niego "Regionalny serwis informacyjny", z kolejnego menu, jakie się wtedy pojawi - "Gazetę w Krakowie" albo "Komputery i Biuro". Potem pozostaje jeszcze wybór sposobu prezentacji polskich znaków diakrytycznych (ogonków). Do wyboru jest: standard mazovii (popularny na pecetach), ISO Latin-2 (oficjalny w internecie i poczcie elektronicznej) oraz brak polskich liter" - pisał drugi obok Stanucha pomysłodawca pierwszej strony gazety Andrzej Górbiel.


Przez pierwsze lata obowiązkowo każdy tekst zawierał objaśnienia co to ten internet i te www. World Wide Web jest obecnie najważniejszą usługą informacyjną internetu. Do przeglądania informacji w WWW służy program o nazwie mosaic (lub xmosaic). Zapewnia on przyjemny interfejs graficzny. Tekstowy dostęp możliwy jest poprzez program lynx. Oba programy przewidują podanie adresu przy uruchamianiu - w linii wywołania, w trakcie działania - w odpowiednim okienku lub też wędrówkę poprzez kolejne strony np. zaczynając od głównej polskiej strony (Poland Home Page) i dochodząc do serwisu informacyjnego Cyfronetu. Adresy używane w WWW odbiegają nieco od tradycyjnie używanych w internecie. Zawierają bowiem dodatkowe informacje (obok adresu maszyny: nazwę dokumentu, katalog i sposób dostępu) - tłumaczył Górbiel. W połowie lat 90. Górbiel uczestniczył w wielkim amerykańskim sporze dotyczącym wolności w internecie. Korespondował z uznanymi wtedy i dziś autorytetami z Electronic Frontier Foundation, pisał artykuły, w których tłumaczył niebezpieczeństwo cenzurowania internetu. Zginął tragicznie w 1996 roku.

Źródło: Gazeta Wyborcza

czwartek, 7 maja 2009

The Online Experiments That Could Help Newspapers

The Bakersfield Californian is an anomaly in the newspaper business. While other papers are shutting their doors and filing for bankruptcy, it's expanding. The reason is the paper's 2005 launch of an online social network, called Bakotopia.com, aimed at reaching nonreaders, especially the young people in this city of nearly 329,000.

The Web site has caught on to the point where Bakersfield Californian now publishes 20,000 copies of a free magazine with content from Bakotopia twice a month. The articles range from reviews of the local theater scene to goings-on at various hot spots. Because the magazine's audience is young, hip, and hard to reach, "advertisers do pay full rates," says Dan Pacheco, senior manager of digital products at the company. The magazine even turns a profit.

These are dark days for the newspaper business. Advertising is plummeting, and papers are going under with alarming regularity. In December, Tribune Co., which owns the Los Angeles Times and Chicago Tribune, filed for bankruptcy. This year, Hearst said it might sell or shut down the San Francisco Chronicle, and Philadelphia Newspapers, which owns The Philadelphia Inquirer, filed for bankruptcy. Just a week ago, the Rocky Mountain News in Denver published its last edition. Even the New York Times Co. (NYT), which owns one of the country's strongest papers, has suspended its dividend. The Zacks publishing stocks index is down 80% from its 52-week high.

Your Own Digital Magazine, Anyone?

Newspapers had hoped that their Web sites would help them replace evaporating print revenue. But an online ad typically garners one-tenth of the revenue of a print ad, estimates Rick Edmonds, media business analyst at the Poynter Institute. "The phrase in the industry is, 'You are trading dollars for dimes,'" he says.

But in the middle of it all, the independent, family-owned Californian is preparing to take the idea of Web-created niche magazines national. Using an $837,000 grant from the Knight News Challenge and about $200,000 of its own money, it's launching a site called Printcasting.com later in March. The site will allow individuals, schools, homeowners' associations, wine clubs, and the like to create their own digital magazines. "If we see a magazine that really has potential, we'll print it, place additional ads in there, and distribute it, [first in Bakersfield, then in five other cities as early as this summer]," Pacheco says. The Californian will get a cut of ad sales while spending little on the product itself. "This is cheap and targeted," Pacheco explains. "Even though there's an ad recession, it doesn't mean there're no more ads."

This is one of a slew of ideas—including micropayments, hyperlocal Web sites, and publications designed for e-readers—that publishers are trying in an attempt to stop their world from crashing down. "Publishers for the longest time were really in denial," says Alan Mutter, a managing partner at venture capital firm Tapit Partners, which makes tech-related investments. "In the last six months, their sales are so bad, they realize they need to do things differently."

Selling Ads on Yahoo Pages

Traditional media's troubles are creating opportunities for giants such as Yahoo! (YHOO) and a slew of startups like Printcasting.com, all of them betting that their tech know-how will help publishers get back on their feet. The idea is to reach out to new audiences, cut costs, and attract new kinds of advertisers. "There are a lot of people who see opportunity and are going after it," Mutter says.

This reinvention is taking publishers such as Bakersfield Californian away from selling ads just for their own news content. "Our future may be very different from how we started, in newspapers," Pacheco says. "[Going forward], we are the network that allows people to communicate among themselves."

Yahoo has another take on the same idea. Last year the Web giant began allowing some of the 796 newspapers it is partners with to sell ads against Yahoo's Web pages. Using the Web giant's new APT advertising platform, an Ohio newspaper can sell ads to be viewed by, say, local thirtysomething women who browse Yahoo online. "[Newspapers' salespeople] are selling audience groups vs. [newspaper] sections," says Lem Lloyd, vice-president for U.S. partnerships at Yahoo. "They change the game by offering a full suite of products."

Content Aggregated from Other Sources

Alternatively, some media companies, such as the Washington Post Co. (WPO) and NBC, are posting ads to their own sites, but are using others' aggregated content. They work with a startup called Outside.in that aggregates blogs and discussions around specific locations—by state, city, ZIP code—and serves the links up onto a map located on sites such as NBCChicago.com. There, users click on their neighborhood and find blogs and video related to happenings in the next block. Partly thanks to this feature, the overall audience for NBC's Web sites has doubled between December and February. "Our old strategy [of using only our stations' content] just had a limited growth opportunity," says Brian Buchwald, a senior vice-president at NBC. "Now, it's really about focusing on the growth of the market and being trusted by a particular user base."

Meanwhile, what the publishers themselves produce can be sold differently. Take Kachingle. Due to launch at the end of March, the site lets consumers make voluntary contributions of $5 a month or more to news and video sites and blogs they like. The blogs then list their Kachingle supporters in a special box. "In return, [consumers] get a way to say which sites are part of their persona," says CEO Cynthia Typaldos. Mobile applications that could sell for a fee or a subscription are another idea being mulled by the likes of the New York Times Co. On Mar. 4 the company released a new version of its free iPhone app that allows for faster downloading of stories, e-mailing, and saving articles for future reading. The company is still considering various monetization options.

These efforts alone, experimental as they are, won't keep publishers afloat. "Most of the publishers are now scrambling to just cut costs to the bone," says Ann Northrop, an analyst at investment researcher Zacks. One way that Hearst is slashing expenses is by outsourcing work to virtual communities of freelance writers. One such community, Helium, has allowed some 300 publishers to order stories on a specific topic, of a particular length, by a set deadline. The average price? $30 to $50. The community's 423,000 registered members produce an average of 10 to 15 submissions per publisher request. "[That way, publishers] have a choice, as opposed to working with one freelancer," says Peter Newton, vice-president for business development at Helium.

In a week, the site will roll out additional features allowing publishers to restrict assignments to writers based in a specific geographic location or accredited by a certain professional organization. Helium's top writer made $5,000 last year.

Specialized E-Readers

The arrival of specialized e-readers for scanning newspaper and magazine pages could shave printing and postage costs while helping to capture more advertising dollars. In the second quarter, The New York Times is planning to release an updated version of its Times Reader software, which will allow for an e-reader-like experience on many netbooks and mobile Internet devices. Meanwhile, expected to enter trials in the second half of 2009, an e-reader from Plastic Logic features a large, 8.5 x 11-inch screen, designed to allow newspaper publishers to display their custom layouts and ads (Amazon's (AMZN) Kindle e-reader doesn't support advertising). Because such specialized newspaper e-readers will require users to "turn" digital pages instead of scrolling through them, the users will be able to see all the ads on the page. So advertisers may pay higher rates for e-reader ads than for Web site ads, figures Robert Larson, vice-president for digital production at NYTimes.com.

Plastic Logic already has distribution deals with the Financial Times and USA Today, which will be offered on a subscription basis. Plastic Logic's investors, which include Oak Investment Partners and Dow Venture Capital, have already poured more than $200 million into the project. And Hearst is rumored to have developed its own magazine e-reader as well; the company declined to comment on the issue.

Will all these efforts succeed in resuscitating the industry? Not necessarily. They may simply be a sign of the rising threat for American newspapers. "The downturn in revenues has been so deep, there's a certain desperation in the media world," says Ken Doctor, affiliate analyst at publishing researcher Outsell. "It's pushing people in odd directions."

Source: businessweek.com